Autor: Przemysław Ziemichód

2016-03-11, Aktualizacja: 2016-03-23 15:29

Warszawscy "doliniarze" mieli własne szkoły

Przedwojenni kieszonkowcy fachu uczyli się w specjalnych szkołach. Oprócz okradania, kształcili się tam w czytaniu i pisaniu. Swoje umiejętności doskonalili na stołecznych ulicach. O „doliniarzach”, kradzieży „zecera na mojkę” oraz romantycznym micie kieszonkowca opowiada Rafał Dąbrowiecki, warszawski przewodnik i znawca przedwojennej przestępczości.

Czy przedwojenna Warszawa była niebezpiecznym miastem?

Duże skupiska ludzkie od zawsze przyciągały typów spod ciemnej gwiazdy i były miejscem, w którym przestępcy czuli się bardzo dobrze. W anonimowym tłumie zdecydowanie łatwiej się rozpłynąć. Myślę, że Warszawa nie wyróżniała się specjalnie pod tym względem od innych miast przedwojennej Polski. Polski młodej, porozbiorowej, trapionej wieloma problemami. Tu bardziej chodzi o skalę. Im większe miasto, tym siłą rzeczy większa liczba przestępstw. Gdyby jednak prześledzić ich rodzaj, okazałoby się, że to właśnie na prowincji przestępstwa miały zdecydowanie bardziej brutalny charakter. Na wsi częściej dochodziło też do samosądów. Chłopi nie mieli zaufania do policji, której często na prowincji brakowało profesjonalizmu w działaniu.

Gdzie nie należało się zapuszczać w stolicy po zmroku?

Przede wszystkim najniebezpieczniej było tam, gdzie mieliśmy do czynienia ze zjawiskami patologicznymi, a patologia w większości wypadków bierze się z biedy. To właśnie dlatego najbardziej niebezpieczne były dzielnice robotnicze czy wręcz slumsy i schroniska dla bezrobotnych, których w dawnej Warszawie nie brakowało. Ogromne skupiska bezrobotnych mieszkały w fatalnych warunkach w barakach w rejonie Żoliborza czy Annopola. Żeby poczuć klimat takiej dzielnicy, wystarczy przeczytać „Karierę Nikodema Dyzmy” lub obejrzeć serial na podstawie tej książki. Można tam zobaczyć m.in. przedwojenną, prowincjonalną Wolę, taką jaką rzeczywiście ona była – dzielnicę złodziejaszków, zabijaków, prostytutek, ale też ludzi posługujących się w życiu specyficznym kodeksem honorowym. A była to dzielnica robotnicza, gdzie ludzie mieli marne, ale jednak jakieś perspektywy. Jak było w schronisku „Polus” na Kamionku, gdzie bali się pojawiać nawet policjanci, możemy sobie tylko wyobrazić.

Skąd wywodzili się najczęściej warszawscy kieszonkowcy? Czy zdarzali się też "doliniarze" z "dobrych domów"?

Zawód "doliniarza" nie zajmował miejsca na szczycie przestępczej drabiny. Arystokratami w złodziejskim świecie byli przede wszystkim "kasiarze" - zazwyczaj ludzie wykształceni, znający języki i legitymujący się salonowym obyciem. "Doliniarze" wywodzili się ze społecznych nizin.

Pewnie zdarzały się wśród nich wyjątki. Jestem w stanie wyobrazić sobie taki scenariusz, że osoba dobrze urodzona z jakiegoś powodu traci zaufanie rodziny, zostaje wyrzucona na bruk i schodzi na drogę występku albo że jakiś młodzian z arystokratycznej rodziny pod wpływem lektury zaraża się romantyczną wizją złodziejskiego życia, pełnego niesamowitych przygód. Zresztą znajdziemy takie przypadki w historii naszego miasta.

Na przykład?

Wystarczy wspomnieć tu legendarną postać Urke Nachalnika – złodzieja, który kształcił się na rabina, ale nie spełnił nadziei, jakie pokładała w nim rodzina i zszedł z drogi prawości. To bardzo ciekawy człowiek. Złodziejem był słabym, ponieważ wyjątkowo często trafiał w ręce policji, ale za to podczas jednej z odsiadek zainteresował się literaturą i napisał bardzo ciekawe wspomnienia zatytułowane „Życiorys własny przestępcy”. To wydane przed wojną dzieło ma niezwykłą wartość dokumentalną i pozwala poznać świat przestępczy niemal od środka.
To co jest charakterystyczne dla przedwojennej przestępczości, to fakt chodzenia rzezimieszków na tak zwane gościnne występy. W minionych czasach drobni przestępcy zamieszkiwali osady poza rogatkami miejskimi, ale ich miejscem działania była warszawska ulica. Najlepszym przykładem są słynni „kotleciarze”, czyli XIX-wieczni bikiniarze, zamieszkujący rejon Szmulowizny w czasach, gdy ta nie była jeszcze częścią Warszawy. Mieszkali na prowincji, bo tam nie sięgał zdecydowanie lepiej wyszkolony i bardziej liczny miejski aparat policyjny. Ta zasada działała również w okresie międzywojennym.



Czy Warszawa różnicowała się pod kątem rodzaju działalności przestępczej poszczególnych dzielnic, np. kieszonkowcy bywali na Mokotowie, a włamywacze na Pradze itp.?

Nie wydaje mi się, żeby taki podział funkcjonował, ale w dawnej Warszawie miało miejsce inne, bardzo ciekawe zjawisko. Chodzi o różnorodność branżową i niezliczoną liczbę specjalizacji przestępczych. Przeglądając dawną prasę, możemy wiele przeczytać o działalności warszawskich „doliniarzy”, „lipkarzy” (włamywaczy), „pajęczarzy” (złodziei bielizny), „potokarzy” (okradających wozy), „hołociarzy” (koniokradów), czy nawet „szopenfeldziarzy” (złodziei ubrań ze sklepów). Dziś te nazwy, wywodzące się z gwary przestępczej, niewiele nam mówią. Jednak pod każdym z tych zwrotów kryje się określona specjalizacja przestępcza. Takie szemrane zawody często przechodziły z ojca na syna, ale można było się też ich nauczyć w specjalnych szkołach.

W szkołach?

Tak. W dawnej stolicy funkcjonowały, między innymi „szkoły doliniarskie”, w których młodych adeptów uczono trudnej sztuki kradzieży kieszonkowych. Uczyli tam prawdziwi profesorowie. Oprócz nauki czytania i pisania, młodzi apasze (przestępcy - red.) poznawali tam tajniki swojego przyszłego zawodu, ucząc się na manekinach wyposażonych w dzwoneczki. Dzwoniący manekin miał imitować tak zwaną elektryczną ofiarę, czyli osobę wyjątkowo czujną.

Do szkół przyjmowano biedne dzieci ulicy, pozbawione rodziców lub takie, których rodzice akurat odbywali wyrok. Nauka w szkole była darmowa, ale placówka mogła się odkuć, organizując „zajęcia praktyczne”, na przykład w Ogrodzie Saskim. To wszystko brzmi jak kiepski żart, ale naprawdę w dawnej prasie stołecznej znajdziemy artykuły informujące o odkryciu takich szkół przez policję.


© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na zdjęciu: patrol policji zatrzymuje młodego kieszonkowca.

Dużo mówisz o gwarze, czy warszawscy przestępcy posługiwali się własnym językiem?

Oczywiście. I tak było w zasadzie od zawsze. Co ciekawe, podobno wiele zwrotów używanych przez ludzi z marginesu pochodzi z żargonu studenckiego. Jest tam też sporo zapożyczeń z języków obcych. Umiejętność posługiwania się gwarą przestępczą nazywano znajomością „nut z blatnej muzyki”. To nic wyjątkowego. W końcu i dziś w więzieniach mamy do czynienia z tzw. grypserą. Więzienia były w dawnej Warszawie prawdziwym uniwersytetem. Po wyjściu z takiej placówki „stukanie po blatnemu” nie stanowiło nie sprawiało żadnej trudności.

Właściwie, w jakim celu powstał taki odrębny język?

Z pewnością spełniał on funkcję integrującą środowisko, ale przede wszystkim była to pewna wiedza tajemna. Kiedy w tłumie dwaj przestępcy umawiali się, że wieczorem będą „oporządzać hołotę razem z kołnierzem i potokiem”, nikt postronny nie wiedział, o co im chodzi.

A skąd się wzięło słowo „doliniarz”?

"Doliniarz" to termin oznaczający złodzieja kieszonkowego. Człowieka, który przy pomocy trzech palców jednej ręki był w stanie dobrać się do każdego portfela. Popularną metodą kradzieży, stosowaną zresztą po dziś dzień, była kradzież "na mojkę”, czyli z wykorzystaniem żyletki, oprawionej w kawałek drewna i ukrytej na gumce w rękawie. Taką żyletką "doliniarz", zwany również „krawcem” lub „kosynierem”, przecinał kieszeń ofiary, czyli "dolinę". Warszawa miała jednych z najlepszych "doliniarzy". Przecież to oni w czasie okupacji niemieckiej współpracowali z Armią Krajową, okradając niemieckich oficerów, których dokumenty służyły później do przygotowywania falsyfikatów.

Dziś funkcjonuje stereotyp romantycznego kieszonkowca, drobnego cwaniaczka, „doliniarza”, do którego często czujemy sympatię. A jak było przed wojną?

Wątpię, żeby osoba, której buchnięto właśnie „zecer” (portfel) darzyła doliniarza specjalną estymą (śmiech). Myślę, że ten mit romantycznego złodziejaszka wziął się z legend mówiących o specyficznym kodeksie honorowym przestępcy. Dziś słowo "honor" raczej nie pasuje nam do osoby, która działa poza prawem, jednak czytając różne złodziejskie historie, możemy się dowiedzieć, że coś takiego jednak dawniej funkcjonowało. Pod żadnym pozorem nie można było „zasypać kolegi”, czyli sprzedać go policji. Wizyta w „ulu”, czyli więzieniu nie należała przecież do najprzyjemniejszych. Takie działanie mogło się zakończyć "dintojrą", czyli przestępczym sądem. Zaskakują takie punkty kodeksu honorowego jak ten mówiący o tym, że widząc przestępcę w akcji, powinniśmy mu udzielić pomocy, na przykład poprzez stanie na „cynku”, tudzież „lipku” (na czatach), a złodziej powinien w podziękowaniu podzielić się z nami łupem.


© Narodowe Archiwum Cyfrowe

"Dolniarze" byli prawdziwą plagą II RP. Na zdjęciu: tramwaj z tabliczką "strzeż się kieszonkowców" umieszczoną na progu.

Poza tym, to co może wzbudzać naszą sympatię do przedwojennego "junacza" (zawodowego przestępcy) to cały szereg zabobonów, którymi kierował się on w swojej pracy i które z perspektywy czasu mogą nas nieco śmieszyć. Nie każdy wie, że dawni przestępcy byli na przykład bardzo religijni. Co prawda tę religijność pojmowali na swój sposób, ale jednak stanowiła ona bardzo ważny aspekt ich życia. Patronem złodziei był św. Antoni. Mówiło się nawet, że „święty Antoni złodziei chroni”.

Chyba bardziej niż on kieszonkowcom "pomagało" szczęście i policja, która nie radziła sobie z ich wyłapywaniem. Czy można mówić, że "doliniarze" byli plagą ówczesnej Warszawy?

Owszem. Kradzieże kieszonkowe w przedwojennej Warszawie były na porządku dziennym, ale mówiąc o tym procederze, musimy pamiętać o jednym - warszawscy "doliniarze" byli świetnie przygotowani do swojej roli. Poza tym, że odebrali staranne "doliniarskie" wykształcenie, wyjątkowo też dbali o swoje narzędzie pracy, czyli dłonie, w przestępczej gwarze zwane „grabkami”. Regularnie wcierali w nie maści i kremy, przez co dłonie były niezwykle gładkie i zadbane. Jakikolwiek odcisk, nierówność czy nadłamany paznokieć mógłby przecież przeszkadzać im w pracy. To byli profesjonaliści. Nic dziwnego, że przypadki złapania "doliniarza" na gorącym uczynku zdarzały się rzadko. Rzadko też ofiary zgłaszały się na policję, myśląc, że zgubiły przedmioty, które w rzeczywistości zostały w niezauważalny sposób skradzione. To wszystko sprawia, że policyjne statystyki nie oddają do końca skali tego procederu.


© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Do złodziejskiego fachu młodzież często popychała bieda.

Czujemy często nostalgię i tęsknotę za II Rzeczpospolitą. Jeśli jednak spojrzeć na ten okres od strony policyjnych statystyk, to chyba nie mamy czego żałować?

Raczej nie. Ja osobiście czuję się bezpiecznie w swoim mieście, chociaż od czasu do czasu pojawiają się w mediach informacje, które ten spokój nieco zaburzają. Najlepszym przykładem jest to, jak postrzegamy określone dzielnice Warszawy. Większość warszawiaków (zwłaszcza tych lewobrzeżnych) ocenia Pragę jako dzielnicę szalenie niebezpieczną, tymczasem najwięcej przestępstw odnotowuje się w bezpiecznym, wydawać by się mogło, Śródmieściu. Nie pozbyliśmy się też wcale "doliniarzy". W dobie "plastikowych pieniędzy" jest ich coraz mniej, ale to nie znaczy, że wyginęli. Podobno codziennie na ulice Warszawy wychodzi ich ok. 200. Ich sposób działania w zasadzie nie zmienił się od kilkuset lat. Najlepsi pochodzą z Wołomina, a wśród nich są ci, którzy uczyli się jeszcze u przedwojennych mistrzów.

Rozmawiał Przemysław Ziemichód, dziennikarz portalu naszemiasto.pl

Zdjęcia pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!